Rafał Salmanowicz „Dobra 12” – pięcioletnia historia białostockiego centrum muzyki niezależnej.Dobra 12 – adres w Białymstoku. Najbliższa okolica – nieciekawa: bloki z płyty, wieżowiec, obok technikum budowlane z bursą i dużym boiskiem. Kilkaset metrów dalej ulica Słonimska z drewnianymi, starymi domami pełnymi zdobień, a wszystko to przy samym centrum Białegostoku. Szkoda, że tak blisko, ponieważ większość z tych pięknych domów dziś już nie istnieje. Na ich miejscu powstają nowoczesne budowle. W jednopiętrowym, kwadratowym budynku przy Dobrej 12 pamiętającym zapewne czasy Gierka, a należącym do spółdzielni mieszkaniowej „Wielkoblokowa” mieściły się: sklep spożywczy, konfekcja, piekarnia, na górze zaś, najważniejszy dla nas, klub osiedlowy „Meteoryt”.
W 1993 roku szukając pomieszczenia na próby zespołu, w którym grałem na gitarze wraz z moim starszym bratem Sławkiem, basistą Leszkiem i perkusistą Tomkiem zwanym „Pedro”, zawitałem do wspomnianego klubu i zastałem tam sympatycznego, lekko zaokrąglonego, młodego pana z czarną brodą, w okularach. To pan Arek, kierownik klubu. Mimo że sam zajmował się raczej graniem łatwo przyswajalnej przez większość społeczeństwa muzyki „weselnej”, dość mocna muzyka, którą wtedy graliśmy nie robiła na nim negatywnego wrażenia. Za niewygórowaną, miesięczną opłatę, udostępnił nam spore (64m2) pomieszczenie znajdujące się w piwnicy. Wejście do piwnicy znajdowało się z tyłu budynku, przy garażach. Do tego niezwykłego miejsca wiódł długi, ciemny korytarz. Było to jedno z czterech i zarazem największe pomieszczenie w piwnicy. Po obejrzeniu, niezmiernie zadowoleni ze znalezienia odpowiedniego miejsca (w tamtych czasach kluby osiedlowe raczej likwidowano, a pomieszczeń do wynajęcia było sporo, ale na działalność gospodarczą i za zbyt duże dla nas pieniądze), szybko przywieźliśmy swoje sprzęty i rozpoczęliśmy próby. Nie byliśmy jednak w piwnicy sami. Okazało się, że tuż przed nami wynajął pomieszczenie punkowy zespół „Fabryka Makaronu”. Zapoznaliśmy się z sąsiadami, a najbardziej z ''kierownikie'' – Robertem zwanym „Odziejem”. Od tego czasu sala prób, w której grali nazwana została „Kanciapą Odzieja”. Wkrótce z inicjatywy Roberta w korytarzu piwnicy powstała mała, ale jakże potrzebna toaleta. Piwnica stawała się coraz bardziej agospodarowana i przyjemna. Z upływem czasu mój brat Sławek, zaczął kupować różne sprzęty: mikrofon, efekt, mikser. I tak pojawiła się idea zorganizowania amatorskiego, niezależnego studia nagrań.
Paru osobom bardzo się ten pomysł spodobał. Piwnica zaczęła przyciągać coraz więcej osób. Pan Jarek Woźniewski zaczął przywozić nam swoim starym BMW styropianowe pudełka po szpulach taśm, którymi dla poprawienia akustyki wyklejaliśmy ściany. On też był pomocny przy wszelkich naprawach sprzętu, czy bardziej skomplikowanych połączeniach okablowania studia.
Waldek Mieczkowski i Wojtek Jóźwicki to osoby, które na początku naszej działalności bardzo nam pomogły. Służyły dobrą radą, udostępniały sprzęt i mikrofony. Pragnę nadmienić, iż osoby te pomagały nam zupełnie nieodpłatnie, za co należą im się serdeczne podziękowania. Do budowy studia przyczynili się też wszyscy, którzy aktualnie grali w piwnicy na Dobrej, pomagali murować ściankę, układać wykładziny, czy oklejać ściany styropianowymi pudełkami. W 1994 roku amatorskie studio rozpoczęło swą działalność.
Z wielkim zapałem zacząłem poznawać tajniki realizacji dźwięku. Obok rozwijającego się studia i „Kanciapy Odzieja” były jeszcze dwa pomieszczenia, w których szybko zaczęły grać inne zespoły. Najbliżej wejścia wynajęli pomieszczenie „metalowcy”. Grali bardzo głośno i szybko. Często zachowywali się agresywnie. Nie zaprzyjaźniliśmy się z nimi, ale czasem udostępnialiśmy im nasze studio. Dalej, korytarzem na lewo szło się do nazwanej później „Kanciapy Konsula”. Ludzie grający w studiu, „Kanciapie Odzieja” i „Kanciapie Konsula” zaczęli się ze sobą zaprzyjaźniać, tworzyć nowe składy zespołów i spędzać razem dużo czasu grając, czy też słuchając muzyki i prowadząc nieraz burzliwe dyskusje do samego rana na tematy związane z muzyką. To „wymieszanie” stwarzało duże możliwości rozwoju. Wymienialiśmy się wiadomościami na temat technik grania na instrumentach oraz nowych nurtów muzycznych. Słuchaliśmy bardzo szerokiej gamy wykonawców, gdyż każdy miał swój ulubiony rodzaj muzyki lub zespół, który chciał przedstawić innym. Dawało nam to szerokie spojrzenie i odejście od schematów i kanonów jednego stylu, doszło do mieszania gatunków. Ludzie grający wcześniej dwa zupełnie inne gatunki muzyczne nagle zaczęli grać razem tworząc zupełnie nową jakość.
Ogromne znaczenie dla „Dobrej 12” miało pojawienie się w roku1994 dwóch zespołów. Jeden z nich to „Spejs Braders”, który istnieje do dziś, drugi zaś „Christin”, później nazwany „Kotilof”. „Spejs Braders” „zaraził” wiele osób z „Dobrej” muzyką i kulturą reggae. Zespół ten nigdy nie miał ustalonego z góry składu. Do dziś istnieje trzon zespołu, do którego dołączają przeróżne osoby grające na różnych instrumentach. Właściwie „Spejs Braders” to coś więcej niż zespół muzyczny. To grupa ludzi, których łączą zainteresowania, idee, niechęć odporządkowania się istniejącym stereotypom, systemowi. To oni zapoczątkowali długie, nocne „dżemowania”, które uważam za bardzo rozwijające muzycznie. Wiele nauczyło mnie przebywanie i wspólne realizowanie nagrań i koncertów z Albertem, jednym ze stałych członków „Spejs Braders”. Albert zawsze pełen był nowatorskich pomysłów. Jego ulubioną dziedziną było ubarwianie nagrywanej muzyki wieloma efektami dającymi ogromną przestrzeń i ciekawe brzmienie. Jest osobą, której do tworzenia wystarczał czasem telewizor z pilotem. Byłem kiedyś świadkiem sytuacji, gdy z fragmentów losowo wybieranych przez niego programów telewizyjnych zaczęła składać się sensowna całość. Inną, niebywałą sytuacją było przyklejanie się struny do gryfu gitary. Albert podłączył do wzmacniacza gitarę akustyczną i zauważył, że po naciśnięciu struny ta zostaje przez chwilę jakby przyklejona do gryfu, po czym odskakuje prężnie wydając dźwięk. Była to dla nas zupełnie niewyjaśniona sytuacja. Zajmuje się on też fotografią. To dzięki niemu „Dobra 12” została uwieczniona na zdjęciach.
W swojej pracy wspomniałem też o zespole „Christin”. Krótko po tym jak pojawili się na „Dobrej” zmienili nazwę na „Kotilof”. Muzycy z tego zespołu byli od nas troszkę starsi i mieli znacznie większe doświadczenie. Perkusista Mirek Wiechnik gra do dziś w mającym bogatą historię zespole „Kasa Chorych”. Basista Piotrek Chociej określany był niejednokrotnie najlepszym basistą w regionie. Grali z nimi także wokalista Wojtek „Wojo” i znakomity gitarzysta Piotrek Bardowski. Zespół „Kotilof” grał muzykę określaną jako „noise”. Robili ogromne, wręcz piorunujące wrażenie. Gitarzyści słuchając „Kotilof” pytali – „Gdzie na gitarze są takie dźwięki?”.
Ich muzyka była bardzo nowatorska. Spotkałem się z twierdzeniami, które uważam za słuszne, że są doskonali, bardzo energetyczni, znakomicie zgrani, lecz tak nowatorscy, że pojawili się co najmniej o piętnaście lat za wcześnie. Myślę, że dziś mieliby większe szanse „wypłynięcia”, może nie na „sam szczyt”, ale na „szersze wody”. Przypomina mi się pewna historyjka związana z tą grupą muzyczną. „Kotilof” miał jeden dość wolny i ciężki w brzmieniu utwór, który kojarzył się nam z jakąś mozolną i monotonną pracą. Z piekarni na górze zeszli do nas pracownicy żeby zobaczyć co robimy. Gdy usłyszeli ten utwór stwierdzili, że przypomina im pracę maszyny, która miesza ciasto w piekarni. Podekscytowani i zadowoleni przynieśli nam całą skrzynkę świeżutkich bułeczek. Pragnę wspomnieć, że podczas nocnych prób, czy nagrań bardzo często można było udać się na górę do piekarni po pachnący, ciepły chleb. W pierwszych latach nawet za darmo, później za niewielką opłatą 50 groszy za bochenek.
Bodajże w roku 1995 mój brat Sławek, z którym w zespole już nie grałem, zadecydował o rozwinięciu studia poprzez założenie niepisanej spółki z braćmi Wojtkiem i Andrzejem Brańskimi. Z jednej strony spółka ta dała nam możliwość obcowania z lepszym sprzętem nagraniowym, z drugiej zaś - „Dobra 12” powoli zaczęła zmieniać atmosferę i klimat. Bracia Brańscy bardziej byli nastawieni na studio profesjonalne, przynoszące wymierne korzyści, niż na działalność niezależną. W tym czasie życie muzyczne i towarzyskie „Dobrej” mocno rozwijało się w „Kanciapie Odzieja”, w której próby zaczęło grać coraz więcej zespołów.
Wspomnieć też muszę o „Borku”, perkusiście zespołu „Sanctus Juda”, który po tym jak nagrał kasetę w studiu zaprzyjaźnił się z ludźmi z „Dobrej”, także ze mną. W niedługim czasie, jako człowiek spoza Białegostoku i nie mający własnego miejsca do zamieszkania ulokował się w studiu na Dobrej 12. Jego zamieszkanie przynosiło obopólne korzyści, gdyż „Borek” miał dach nad głową, a my człowieka, który pilnował sprzętu w nocy, jako że zabezpieczenie piwnicy nie było doskonałe.
Jednak w roku 1996, przed śniadaniem wielkanocnym zadzwonił telefon. Policjant oświadczył, że mam natychmiast stawić się na Dobrej 12, gdyż doszło do włamania. Z przerażeniem zobaczyłem, że złodzieje korzystając z nieobecności Borka, który wyjechał na święta zrabowali najcenniejsze sprzęty ze studia. Straty oszacowaliśmy na około 50.000 złotych, co było dla nas nie do odrobienia. Zginął mikser, mikrofony, magnetofony, odtwarzacze i mnóstwo przeróżnych urządzeń efektowych i gitar. Do dziś pamiętam widok pogiętej kraty, wyłamanych drzwi i ogólne spustoszenie. Wielkanoc okazała się dla nas dniem rozpaczy. W jednej chwili zostaliśmy pozbawieni wszystkiego, co stanowiło dla nas istotę artystycznego życia. Ja więcej dni i nocy spędzałem na „Dobrej” grając i nagrywając zespoły niż w domu. Czuliśmy się okropnie i zupełnie nie wiedzieliśmy co dalej robić. Historii „Dobrej” koniec to jednak nie był, gdyż po paru tygodniach zadzwonił telefon z komisariatu, by przyjść na rozpoznanie odnalezionych przedmiotów. Okazało się, że policja idąc tropem skradzionych z fabryki w Fastach maszyn do szycia, przypadkiem w piwnicy pasera odnalazła sprzęt studyjny. Ciekawa sytuacja przydarzyła się na komisariacie. Wśród odnalezionych przedmiotów były między innymi płyty kompaktowe przeróżnych wykonawców. Nie zastanawiałem się nawet, czy są wszystkie, a po rozpoznaniu poszedłem z policjantem do jego biura spisać protokół. W pewnej chwili zauważyłem, że na jego półce stoi jedna z naszych płyt. Poznałem ją po pęknięciu na pudełku. Pomyślałem, że za cały odnaleziony sprzęt taka jedna płyta to i tak żadna podzięka, więc postanowiłem nic nie mówić. Może bardzo lubił Prince’a? Szczęśliwi po odzyskaniu sprzętu szybko przystąpiliśmy do nagrań i prób. Nagrywaliśmy zespoły nie tylko z Białegostoku, ale i przyjeżdżające z różnych miast Polski. Studio zyskało rozgłos wśród muzyków scen niezależnych, a sporo zespołów chciało się u nas nagrywać. Od czasu do czasu pakowaliśmy sprzęt i jechaliśmy nagłaśniać koncerty. Głównie w niewielkich klubach Białegostoku i w pobliskich miejscowościach. Na „Dobrej” cały czas rządziła muzyka. Nie była to jednak niczym nie przerwana sielanka. Budynek mieścił się przecież pomiędzy blokami, w których mieszkało dużo osób starszych nie rozumiejących tego, co się u nas działo. W ich mniemaniu chłopak mający krótko przystrzyżone włosy i noszący ładny, firmowy dres był godzien zaufania, my jednak nie. Na „Dobrej” pojawiały się osoby z kolorowymi włosami, często z tak zwanymi „dredami”. Kierownik Arek wielokrotnie musiał nas bronić przed administracją osiedla, do której wpływały skargi. Kiedyś opowiedział nam o zebraniu mieszkańców, na którym pewien lokator niesłusznie oskarżył nas o „zniekształcenie psychiczne jego dziecka”. Wszystko za sprawą Borka, który pewnego ciepłego, niedzielnego popołudnia wyciągnął na zewnątrz bęben robiony na wzór afrykańskiego. Chciał, żeby skóra się nagrzała i bęben lepiej brzmiał. Postanowił na nim trochę pograć. Syn słysząc przez okno dźwięk bębna spytał ojca co to jest. Ojciec nie wiedząc co synowi odpowiedzieć stwierdził, iż ten odkształca się psychicznie. Kierownik Arek musiał się namęczyć broniąc nas i oczywiście poszliśmy mu za to podziękować. Sytuacji, w których chciano nas z piwnicy wyrzucić było sporo, czasem też z naszej winy.
Miejsce przyciągało wiele niepożądanych osób, których interesowała tylko i wyłącznie zabawa i trudno było sobie z nimi poradzić. Cztery pomieszczenia, w których grało po kilka zespołów nie łatwo było odizolować tak, by zostali tylko najbardziej zainteresowani. Czasem bywało tak, że w piwnicy gościło 40, 60 osób. Pewnego wieczoru „Dobra” zyskała nowego mieszkańca. Był nim szczur hodowlany, którego ktoś przyniósł ze sobą, a ten zadomowił się u nas na stałe. Szczur został nazwany Czukcza. Miał on swój charakter. Bywało tak, że niektóre osoby chcące się z nim zbyt spoufalić - drapał. Zastanawiał nas fakt, że byli to ludzie niezbyt przez nas lubiani oraz ci, których nie darzyliśmy zbyt dużym szacunkiem. Czukcza został na Dobrej do samego końca. Innym mieszkańcem był pies - bokser. Na Dobrej mieszkał kilka dni. Na stałe zaopiekował się nim nasz kolega Konrad.
„Dobra 12” często wykorzystywana była też jako miejsce noclegu dla niezależnych zespołów, które grały w Białymstoku koncerty. Kilka razy nawet jako samo miejsce koncertów. Bywało też, że zespoły po koncertach robiły sesje nagraniowe w studiu. Koncerty i noclegi odbywały się w „Kanciapie Odzieja”, a organizowane były najczęściej przez muzyków z „Sanctus Juda”. Kiedyś pewnemu Anglikowi, który nocował z zespołem na „Dobrej” tak posmakowało białostockie piwo i nasz klimat, że po miesiącu przyleciał z Anglii samolotem do Polski tylko po to, by spędzić u nas jedną noc. Dało nam to do myślenia, na co stać angielskiego muzyka grającego zwykle za zwrot kosztów, wikt i opierunek, a w Anglii będącego na zasiłku socjalnym.
W 1997 roku doszło do rozpadu spółki z braćmi Brańskimi. Mój brat zawiązał spółkę z Andrzejem, jednym z nich. Chcieli oni zająć się nagrywaniem reklam, lecz już w zupełnie innym miejscu. Zdziwiłem się strasznie, gdy pewnego ranka zastałem studio puste. Nikt nie poinformował mnie o zmianach. Ludzie na „Dobrej” od początku czuli, że układ z Brańskimi nie był dobry. Oni nie pasowali do naszej społeczności, żyjącej w innym świecie, gdzie ważną rolę odgrywały idee i wartości moralne. Po konfrontacji z Andrzejem Brańskim zrozumiałem, że pracowałem z ludźmi nieodpowiedzialnymi, którzy w nagły, nieprzemyślany sposób przekreślili cztery lata mojej pracy.
W tym czasie przyszedł do mnie Adek, zaprzyjaźniony ze mną perkusista, który zaproponował współpracę. Wspólnymi siłami udało nam się stworzyć nasze nowe studio nagrań. Adek, jako realizator był bardzo zdolny i szybko się uczył. W tym czasie ze studia wyszło kilka nagrań, z których byliśmy bardzo dumni, gdyż jakościowo przewyższały nagrania wcześniejsze, robione na znacznie lepszym sprzęcie. Postanowiliśmy wyróżnić młodych twórców biorących udział w przeglądzie muzycznym „Zgrzyty” i ufundować nagrodę w postaci sesji nagraniowej. Otrzymał ją zespół ze Śląska, który długo nie pojawiał się w naszym studiu. Wyczekiwałem telefonu z informacją kiedy chcą przyjechać. Pewnego ranka zadzwonili zupełnie nieoczekiwanie i poinformowali mnie ,że są już na Dobrej. Byli bardzo zadowoleni z nagrania i klimatu jaki u nas panował. Spędzili na „Dobrej” około tygodnia nie spiesząc się z wyjazdem.
W kontynuowaniu działalności nowego studia pomogli nam też chłopcy ze „Spejs Braders”, którzy cały czas grali próby w „Kanciapie Odzieja”. Z czasem gospodarowane zostało też małe pomieszczenie między studiem a „Kanciapą Odzieja”, w którym na początku naszej działalności znajdował się zakład plisowania. Robert, Albert i jeszcze parę osób postanowiło wynająć je i stworzyć ciemnię fotograficzną. Każdy, kto dysponował jakimś sprzętem fotograficznym, przynosił go na „Dobrą”. Wkrótce ciemnia zaczeła działać. Często też służyła jako miejsce spotkań ludzi, którzy chcieli choć trochę odpocząć od muzyki granej w innych salach.
W roku 1998 zamknięto piekarnię i pośrednio przez ten fakt działalność „Dobrej 12” dobiegała końca. Nowy najemca lokalu po piekarni potrzebował pomieszczeń magazynowych na dole. Administracja, nie zastanawiając się długo, dała wszystkim wynajmującym lokale w piwnicy wymówienia. Był to kres białostockiego centrum muzyki niezależnej. „Dobra 12” to pięć niezwykłych lat obfitujących w ciekawe spotkania z muzyką i nietuzinkowymi ludźmi. Z wielkim rozrzewnieniem wspominam próby, nagrania i koncerty, które się tam odbywały. „Dobra 12” to miejsce o jakim wszyscy marzyliśmy. To piwnica muzyczna tętniąca życiem artystycznym. Galeria postaci, obserwatorium ludzkich osobowości. Próby, koncerty, pasja, realizacja marzeń, a także kształtowanie swego charakteru i osobowości oraz niebywała atmosfera, pamięć o tych, którzy pomogli budować ognisko młodej kultury muzycznej. „Dobra 12” w historii swego istnienia obfitowała w przyjaźń, dob -ro, gościnność, wzajemną pomoc międzyludzką, atmosferę wolności i tolerancji. Kto postrzegał „Dobrą” jako zbiór dziwnie zachowujących się, ubierających i uczesanych ludzi, ten nie wie jakim gorącym, tętniącym życiem sercem „Dobra 12” była. Dla mnie „Dobra 12” to pięć lat wspaniałej, niesamowitej przygody z muzyką, z ludźmi i z życiem. Przygodę tą z pewnością zapamiętam do końca życia. I pewnie nie tylko ja.

|
|